Nie jest dobrze. Chwilowo jest po prostu mniej tragicznie niż zazwyczaj.
piątek, 28 lutego 2014
I znów się posypało...
Wczoraj ryczałam cały wieczór. Tak, trochę bez przyczyny, po prostu; poczucie, jakby cały świat zwalał się na głowę. Czułam, jakbym już nigdy miała nie być szczęśliwa; to jest takie przytłaczające. Nie wiem, co składa się na takie napady. Teraz... Nie, nie jestem wesoła, szczęśliwa, spokojna. Ale patrzę na życie chwilowo trochę bardziej z dystansu, więc mogę napisać parę słów... Wczoraj nie miałam siły. Tydzień dieta wychodziła mi pięknie, wczoraj i dziś - nie mam siły, by to komentować. Powiem jedno - miałyście 100% racji. Dieta to do cholery dieta, a nie, że robię sobie wolne, by nażreć się jakichś głupich pączków. Tak, przyznam się. Jest mi wstyd jak sto pięćdziesiąt, zeżarłam te rąbane pączki, jakbym nie mogła się powstrzymać. A przecież potrafię; cały tydzień potrafiłam, a wczoraj... Nie mogę sobie więcej pozwalać. Nie, nie nie. Będę jadła pączki, jak już skończę diety. Teraz - zakaz, nic więcej. Wczoraj i dziś zawalone totalnie. A ja... Znów podnoszę się po klęsce. Wytrwałam 7 dni. Może tym razem uda mi się wytrwać 8? 9? 10? Nie ma innej opcji. W maju mam 18-nastkę, nie chcę być spasionym pulpetem. Potem są wakacje, trzeba się będzie ,,rozebrać"... Chcę być chuda. I już. Wracam do mozolnej pracy, jaką jest odchudzanie. I nie jutro. Już dziś. Teraz. Natychmiast. Zeżarłam dziś ponad 3000 kcal, a nadal jestem głodna. I co? Nic. Bo mam chudnąć. Jutro zaczynam ćwiczyć, biegać, cokolwiek. Nie wiem, co i jak. Pomyślę. Mam całą noc, by dojść do czegoś konstruktywnego. Cześć.
Nie jest dobrze. Chwilowo jest po prostu mniej tragicznie niż zazwyczaj.
Tak wyglądałam wczoraj i dziś... Co ja robię? Co? No co?
Nie jest dobrze. Chwilowo jest po prostu mniej tragicznie niż zazwyczaj.
środa, 26 lutego 2014
Równowaga to tylko o krok od szczęścia
Jest stabilnie. Ostatnich dni nie można nazwać pasmem sukcesów, ale też nic tragicznego się nie wydarzyło. Niedziela była całkiem udana; uwielbiam momenty, gdy jestem cały dzień sama w domu. Zrobiłam sobie obiad <zrezygnowałam z naleśników, które teoretycznie miałam zjeść...> i raczyłam się jajkami z łososiem. W poniedziałek, z racji choroby, podarowałam sobie szkołę. Jednak wczoraj i dziś poszłam już normalnie, niestety dłuższa nieobecność skutkowałaby takim zacofaniem w materiale, że wolę nie ryzykować. Już poniedziałek wystarczył, żebym miała braki, które trzeba nadrabiać.
To dziwne, ale od dokładnie 7 dni dieta idzie mi IDEALNIE. Nie zawaliłam ani jednego, nie wykroczyłam poza limit chociażby o jedną kalorię. W takiej sytuacji mówi się chyba 'odpukać'; mam nadzieję, że nie pozawalam ;) Jutro tłusty czwartek. Głupie święto, w dzisiejszej kulturze zupełnie zatraciło dawne, religijne znaczenie - i tak ludzie żrą ile chcą. Zamierzam jutro trochę odejść od healthy wyzwania i mimo wszystko pozwolić sobie na pączusia, dwa, ewentualnie siedem. No, bez przesady, ale nie zamierzam się katować :) Jeszcze a propos healthy wyzwania - niestety wczoraj i dziś zawaliłam. Wczoraj zjadłam zupkę chińską - niestety, w szkole było mi tak zimno, że potrzebowałam czegoś gorącego... A dzisiaj, zupełnie bezmyślnie, wsunęłam jogurt czekoladowy. Jutro też nie będzie kolorowo, ale limitu kalorii oczywiście będę się grzecznie trzymać.
Skończyłam wczoraj wyzwanie słodyczowe. I tak:
20 dni bez słodyczy
6 7 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25
Jak widać, zrąbałam tylko 3 dni. Mogę powiedzieć, że chociaż to o trzy za dużo, i tak jestem z siebie dumna :> Uniezależniłam się od słodyczy. Kiedyś musiałam, po prostu musiałam co drugi dzień zjeść jakąś czekoladę, ciastko, batonika, a teraz spokojnie mogę się obyć. Wyzwanie bez słodyczy powtórzę ponownie w najbliższym czasie, szalenie mnie motywuje.
Ostatnio, patrząc w lustro, mam wrażenie, że robię się coraz grubsza. Ale to przecież niemożliwe! Jednak każde spojrzenie w paskudną taflę upewnia mnie, że dieta była jak najbardziej słuszną decyzją. Cóż, kilogramów nie traci się w mgnieniu oka... Muszę czekać, być silną, walczyć. Na razie mam dość sił.
Właściwie, mogę nawet powiedzieć, że jestem szczęśliwa. W szkole jako tako, nie jest źle. W domu też ostatnio bez awantur. Tylko moje serce leży w gruzach, ale właściwie przyzwyczaiłam się do tej sytuacji, nawet przestaje mnie to jakoś specjalnie ruszać. Więc ogólnie - nie wybitnie, ale zdecydowanie na plus :)
To dziwne, ale od dokładnie 7 dni dieta idzie mi IDEALNIE. Nie zawaliłam ani jednego, nie wykroczyłam poza limit chociażby o jedną kalorię. W takiej sytuacji mówi się chyba 'odpukać'; mam nadzieję, że nie pozawalam ;) Jutro tłusty czwartek. Głupie święto, w dzisiejszej kulturze zupełnie zatraciło dawne, religijne znaczenie - i tak ludzie żrą ile chcą. Zamierzam jutro trochę odejść od healthy wyzwania i mimo wszystko pozwolić sobie na pączusia, dwa, ewentualnie siedem. No, bez przesady, ale nie zamierzam się katować :) Jeszcze a propos healthy wyzwania - niestety wczoraj i dziś zawaliłam. Wczoraj zjadłam zupkę chińską - niestety, w szkole było mi tak zimno, że potrzebowałam czegoś gorącego... A dzisiaj, zupełnie bezmyślnie, wsunęłam jogurt czekoladowy. Jutro też nie będzie kolorowo, ale limitu kalorii oczywiście będę się grzecznie trzymać.
Skończyłam wczoraj wyzwanie słodyczowe. I tak:
20 dni bez słodyczy
6 7 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25
Jak widać, zrąbałam tylko 3 dni. Mogę powiedzieć, że chociaż to o trzy za dużo, i tak jestem z siebie dumna :> Uniezależniłam się od słodyczy. Kiedyś musiałam, po prostu musiałam co drugi dzień zjeść jakąś czekoladę, ciastko, batonika, a teraz spokojnie mogę się obyć. Wyzwanie bez słodyczy powtórzę ponownie w najbliższym czasie, szalenie mnie motywuje.
Ostatnio, patrząc w lustro, mam wrażenie, że robię się coraz grubsza. Ale to przecież niemożliwe! Jednak każde spojrzenie w paskudną taflę upewnia mnie, że dieta była jak najbardziej słuszną decyzją. Cóż, kilogramów nie traci się w mgnieniu oka... Muszę czekać, być silną, walczyć. Na razie mam dość sił.
Właściwie, mogę nawet powiedzieć, że jestem szczęśliwa. W szkole jako tako, nie jest źle. W domu też ostatnio bez awantur. Tylko moje serce leży w gruzach, ale właściwie przyzwyczaiłam się do tej sytuacji, nawet przestaje mnie to jakoś specjalnie ruszać. Więc ogólnie - nie wybitnie, ale zdecydowanie na plus :)
niedziela, 23 lutego 2014
Garść sama nie wiem czego...
Przejrzałam przed chwilą wczorajszy post - cóż za paskudna mieszanina słów, spacji i znaków interpunkcyjnych! Wszystko połączone bez ładu i składu, kompletny chaos. Zrzucam to wszystko na karb choroby; myśli bezładnie tłuką się wewnątrz czaszki i ten rozgardiasz przelewam ,,na papier".
Ostatnio dopadają mnie wątpliwości. Przestaję wierzyć w sens, tego, co robię. Media lansują obraz kobiety szczęśliwej, pięknej, zadbanej, SZCZUPŁEJ. Każda z nas powinna taka być, a jeśli nie jest - och, co za tragedia! Niech jak najszybciej dąży do tego, by taką się stać. Nie ważne, młoda czy stara. Włącz radio, telewizor, internet - wszędzie te same slogany. Bądź piękna (oczywiście nasz cudowny preparat sprawi, że twoje zmarszczki znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki...) bądź szczupła (przecież nie jesteś, więc koniecznie kup te tabletki... Twoje problemy z wagą znikną, to, że ważysz milion kg i jesteś tłusta to na pewno wina wody, która zatrzymała się w organizmie, weź tabletkę, no weź, będziesz chuda!). W ogóle wszędzie tylko weź, kup, wypróbuj... A wiecie, co mnie najbardziej przeraża? Sama biorę udział w tym wyścigu szczurów. Ja także dążę do tego, by być jak kobieta z reklamy - zadbana, piękna, chudziutka.
A przecież... Z drugiej strony padają hasła: Pokochaj siebie taką, jaką jesteś. Odnajdziesz szczęście. Właściwie mogłabym siebie pokochać. Moja waga nie jest zagrażająca życiu, nie jestem otyła. Nie muszę się odchudzać ze względów zdrowotnych. Jedyną rzeczą, która powoduje, że chcę zrzucić te kilogramy, jest społeczeństwo. A może lepiej: społeczne spojrzenie na kobietę. Co prawda daleko mi jeszcze do kobiecości; za trzy miesiące kończę 18 lat, jestem, rzec można, nastolatką. Pomimo to chciałabym być inna. Marzę o byciu szczupłą - ciężko się do tego przyznać, ale po prostu dopasowuję się do wzorca kobiety idealnej... Dążę do niego, chociaż wiem, że to nieosiągalna utopia. Nie ma ludzi idealnych. Nigdy nie będę do końca zadowolona z siebie. I tu pojawia się pytanie: Dlaczego by z tym nie skończyć? Rzucić to całe 'odchudzanie', dietę, liczenie kalorii w kąt i iść dalej przez życie z radością, że jestem taka, jaka jestem? Byłoby pięknie, prawda? Nie mogę, nie potrafię, nie chcę. Za dobrze mi w tym dążeniu do celu; gdybym go porzuciła, nie mogłabym być szczęśliwa... Za dużo zauważam u siebie wad. Za głęboko w to wszystko zabrnęłam.
To uczucie, gdy stajesz przed lustrem, najlepiej w bieliźnie. I patrzysz na siebie, i myślisz, ile byś zmieniła, ile byś zrzuciła... Budzi się takie coś, uśpione - dziewczyno, jak ty wyglądasz? Jak... Patrzy na ciebie to coś, a ty zastanawiasz się, czy to naprawdę ty. Trochę pokręcone. Gdyby tak dało się rozpiąć zamek i po prostu zdjąć kombinezon tłuszczyku, który mnie otula... Lecz to niemożliwe. Można się go pozbyć tylko wyrzeczeniami, ciężką pracą. Spójrzmy prawdzie w oczy - jest tak, jak pisałyście. 2000kcal to ,,dieta'', która jest ledwie minimalnie mniejsza niż dobowe zapotrzebowanie (o ile się jej ciągle nie zawala -,-). Więc jest to sposób żeby ewentualnie nie przytyć, a na pewno nie, żeby schudnąć. No, chyba że dowaliłabym ćwiczeń, wtedy może coś by się ruszyło. I tu pojawia się kolejne pytanie: Po co ja to wszystko robię? Będę w tym trwać, gdyż nie mam lepszej alternatywy. Nie umiem jeść mniej. Czy więc będę już zawsze taka, jaka jestem? W wakacje udało mi się schudnąć 3 kg. To był mój największy sukces (ale efekt jojo jest bezlitosny, nic po tym nie zostało...). Co więc robić? Poddać się? Nie ma mowy. Nie zawalę już ani dnia. Będę się starać. Może... tak tydzień po tygodniu, troszkę mniej, troszkę mniej... Obniżać o 50 kcal? Może tak się uda? Może? Czy to są pytania bez odpowiedzi?
Post znów chaotyczny i nieskładny. Niestety, choroba nadal hula; Jedna myśl goni drugą; przeplatają się bez sensu; wszystko się gmatwa. Czarne literki rozpływają się, zda się, że zaraz ściekną z ekranu, niczym czarne łzy zapłaczą nad moją słabą wolą, konformizmem... Wstawiam jeszcze piękne, jakże motywujące zdjęcie będące dowodem tego, że do reszty biorę udział w tym szalonym wyścigu bez celu; wyścigu pięknych ciał, ubogich dusz... Trzymajcie się, moje kochane!
Ostatnio dopadają mnie wątpliwości. Przestaję wierzyć w sens, tego, co robię. Media lansują obraz kobiety szczęśliwej, pięknej, zadbanej, SZCZUPŁEJ. Każda z nas powinna taka być, a jeśli nie jest - och, co za tragedia! Niech jak najszybciej dąży do tego, by taką się stać. Nie ważne, młoda czy stara. Włącz radio, telewizor, internet - wszędzie te same slogany. Bądź piękna (oczywiście nasz cudowny preparat sprawi, że twoje zmarszczki znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki...) bądź szczupła (przecież nie jesteś, więc koniecznie kup te tabletki... Twoje problemy z wagą znikną, to, że ważysz milion kg i jesteś tłusta to na pewno wina wody, która zatrzymała się w organizmie, weź tabletkę, no weź, będziesz chuda!). W ogóle wszędzie tylko weź, kup, wypróbuj... A wiecie, co mnie najbardziej przeraża? Sama biorę udział w tym wyścigu szczurów. Ja także dążę do tego, by być jak kobieta z reklamy - zadbana, piękna, chudziutka.
A przecież... Z drugiej strony padają hasła: Pokochaj siebie taką, jaką jesteś. Odnajdziesz szczęście. Właściwie mogłabym siebie pokochać. Moja waga nie jest zagrażająca życiu, nie jestem otyła. Nie muszę się odchudzać ze względów zdrowotnych. Jedyną rzeczą, która powoduje, że chcę zrzucić te kilogramy, jest społeczeństwo. A może lepiej: społeczne spojrzenie na kobietę. Co prawda daleko mi jeszcze do kobiecości; za trzy miesiące kończę 18 lat, jestem, rzec można, nastolatką. Pomimo to chciałabym być inna. Marzę o byciu szczupłą - ciężko się do tego przyznać, ale po prostu dopasowuję się do wzorca kobiety idealnej... Dążę do niego, chociaż wiem, że to nieosiągalna utopia. Nie ma ludzi idealnych. Nigdy nie będę do końca zadowolona z siebie. I tu pojawia się pytanie: Dlaczego by z tym nie skończyć? Rzucić to całe 'odchudzanie', dietę, liczenie kalorii w kąt i iść dalej przez życie z radością, że jestem taka, jaka jestem? Byłoby pięknie, prawda? Nie mogę, nie potrafię, nie chcę. Za dobrze mi w tym dążeniu do celu; gdybym go porzuciła, nie mogłabym być szczęśliwa... Za dużo zauważam u siebie wad. Za głęboko w to wszystko zabrnęłam.
To uczucie, gdy stajesz przed lustrem, najlepiej w bieliźnie. I patrzysz na siebie, i myślisz, ile byś zmieniła, ile byś zrzuciła... Budzi się takie coś, uśpione - dziewczyno, jak ty wyglądasz? Jak... Patrzy na ciebie to coś, a ty zastanawiasz się, czy to naprawdę ty. Trochę pokręcone. Gdyby tak dało się rozpiąć zamek i po prostu zdjąć kombinezon tłuszczyku, który mnie otula... Lecz to niemożliwe. Można się go pozbyć tylko wyrzeczeniami, ciężką pracą. Spójrzmy prawdzie w oczy - jest tak, jak pisałyście. 2000kcal to ,,dieta'', która jest ledwie minimalnie mniejsza niż dobowe zapotrzebowanie (o ile się jej ciągle nie zawala -,-). Więc jest to sposób żeby ewentualnie nie przytyć, a na pewno nie, żeby schudnąć. No, chyba że dowaliłabym ćwiczeń, wtedy może coś by się ruszyło. I tu pojawia się kolejne pytanie: Po co ja to wszystko robię? Będę w tym trwać, gdyż nie mam lepszej alternatywy. Nie umiem jeść mniej. Czy więc będę już zawsze taka, jaka jestem? W wakacje udało mi się schudnąć 3 kg. To był mój największy sukces (ale efekt jojo jest bezlitosny, nic po tym nie zostało...). Co więc robić? Poddać się? Nie ma mowy. Nie zawalę już ani dnia. Będę się starać. Może... tak tydzień po tygodniu, troszkę mniej, troszkę mniej... Obniżać o 50 kcal? Może tak się uda? Może? Czy to są pytania bez odpowiedzi?
Post znów chaotyczny i nieskładny. Niestety, choroba nadal hula; Jedna myśl goni drugą; przeplatają się bez sensu; wszystko się gmatwa. Czarne literki rozpływają się, zda się, że zaraz ściekną z ekranu, niczym czarne łzy zapłaczą nad moją słabą wolą, konformizmem... Wstawiam jeszcze piękne, jakże motywujące zdjęcie będące dowodem tego, że do reszty biorę udział w tym szalonym wyścigu bez celu; wyścigu pięknych ciał, ubogich dusz... Trzymajcie się, moje kochane!
sobota, 22 lutego 2014
30 dni minęło.
Wczoraj upłynął 30 dzień mojego odchudzania i walki z dietą. Na początek może małe podsumowanie z matematycznego punktu widzenia. Jestem średnioprzecietniemało aktywna, więc wyliczyłam średnie zapotrzebowanie gdzieś w okolicach 2500, na pewno nie więcej. I tak:
Zjedzone: 64600 kcal
Zapotrzebowanie: 30 dni x 2500 = 75000 kcal
Deficyt: 10400 kcal
Wynik: teoretycznie - 1,3 kg.
A jak to wygląda w praktyce? Pożyjemy zobaczymy <ważenie 'oficjalne', pomiarowe dopiero 7.03>. Ale, oczywiście, wlazłam dziś na wagę i... No cóż. +0,4 kg od ostatniego oficjalnego pomiaru... Tłumaczę to sobie tym, że zbliża się okres, oraz, że wczoraj wypiłam 2-3 litry różnych płynów, i może to pozostało...
Czy widzę jakiekolwiek efekty? Właściwie nie. Może odrobinkę...
Teraz kolejna porcja obliczeń, którą zrobiłam, żeby trochę się zmotywować. Zakładając, teoretycznie, że przez cały ten okres 30 dni jadłabym dokładnie 2000, wyniki byłby takie:
Zjedzone: 60000
Zapotrzebowanie: 75000
Deficyt: 15000
Wynik: - 1,875 kg.
Koniec liczenia. Teraz zastanawiam się, co dalej... Właściwie to jestem zmotywowana, by dalej działać tak, jak dotychczas. Chciałabym tylko więcej ćwiczyć - tu niestety stoi na przeszkodzie czas (tak naprawdę to jestem leniwa i tylko tak się tłumaczę, gdybym naprawdę chciała, to bym ćwiczyła...)
Postanowienia na kolejnych 30 dni:
1) Maksymalnie 2000 kcal
2) Śniadanie codziennie (w okolicach 400-500 kcal)
3) Zdrowe drugie śniadanie na dużej przerwie (a nie podżeranie po trochu na każdej krótkiej)
4) Ostatni posiłek przed 19.00
5) Przynajmniej dwa dodatkowe kubki/szklanki jakiegoś płynu.
Brzmi banalnie, ale wytrwać niestety bardzo trudno :<
Zauważyłam także u siebie przykrą tendencję - od czasu, gdy podjęłam wyzwanie słodyczowe, faktycznie jem mniej słodkości. Jednak zaczęłam zastępować to sobie innymi rzeczami (jogurtami czekoladowymi, słonymi przekąskami itp.) mam więc kolejne postanowienie:
HELATHY WYZWANIE! Będzie ono polegało właśnie na zdrowym odżywianiu. A więc, zabronione są:
- Wszelkiego rodzaju desery czekoladowe (takie w formie jogurtów)
- Kupowane w sklepach/cukierniach ciastka, pączki, tortoletki, eklery i inne temu podobne słodycze.
- Fast foody, frytki, pizza, hamburgery...
- Chipsy, prażynki.
Za to dozwolone, w niewielkiej ilości, żeby nie zwariować:
- ciasta, ciastka, wypieki domowej roboty;
- popcorn/paluszki/bake rolls - 1 raz
- samorobny budyń, kisiel, ew. galaretka.
Ktoś chętny na Healthy wyzwanie ze mną? Na 15 dni, tak na rozgrzewkę :)
Odrobinka tanecznej motywacji.
Pisałam tylko o diecie, jedzeniu. Teraz może parę słów o tym, co u mnie.
A więc u mnie beznadziejnie. Czuję się fatalnie, jestem chora. Chusteczki zużywam na kilotony, ledwo ruszam się z łóżka. Ale, pomimo to... opanował mnie jakiś dziwny optymizm. Poczucie, że może być lepiej. Że się uda, jak nie dziś, to jutro. Nie wiem, skąd to się wzięło. Poza tym mam teraz trochę czasu, żeby nadrobić zaległości w nauce. Pomimo weekendu, nigdzie nie pójdę, bo nie jestem w stanie. Trochę dołująca perspektywa, ale może uda mi się dzięki temu ogarnąć szkołę? Przyszły tydzień jak zawsze zawalony, muszę się wyleczyć przed poniedziałkiem (jakie są na to szanse? Mniejsze od 0?) bo potem nie ogarnę z pisaniem wszystkiego w drugim terminie... Znacie jakieś domowe sposoby lecznicze?
Aha, i jeszcze wklejam rozkład kalorii ostatnich 30 dni. To tak bardziej dla mnie, jeśli kiedyś chciałabym to przeanalizować <to wszystko było na bocznym pasku>
Tydzień I Tydzień II Tydzień III Tydzień IV Tydzień V
23.01 - 1550 30.01 - 1540 06.02 - 1815 13.02 - 1825 20.02 - 2000
24.01 - 1505 31.01 - 1035 07.02 - 2000 14.02 - 2000 21.02 - 1990
25.01 - 1500 01.02 - 4125 08.02 - 2585 15.02 - 2100
26.01 - 1560 02.02 - 2180 09.02 - 2000 16.02 - 3000
27.01 - 1490 03.02 - 3000 10.02 - 2585 17.02 - 2150
28.01 - 2580 04.02 - 3000 11.02 - 2000 18.02 - 2990
29.01 - 1550 05.02 - 2000 12.02 - 2000 19.02 - 3000
Zjedzone: 64600 kcal
Zapotrzebowanie: 30 dni x 2500 = 75000 kcal
Deficyt: 10400 kcal
Wynik: teoretycznie - 1,3 kg.
A jak to wygląda w praktyce? Pożyjemy zobaczymy <ważenie 'oficjalne', pomiarowe dopiero 7.03>. Ale, oczywiście, wlazłam dziś na wagę i... No cóż. +0,4 kg od ostatniego oficjalnego pomiaru... Tłumaczę to sobie tym, że zbliża się okres, oraz, że wczoraj wypiłam 2-3 litry różnych płynów, i może to pozostało...
Czy widzę jakiekolwiek efekty? Właściwie nie. Może odrobinkę...
Teraz kolejna porcja obliczeń, którą zrobiłam, żeby trochę się zmotywować. Zakładając, teoretycznie, że przez cały ten okres 30 dni jadłabym dokładnie 2000, wyniki byłby takie:
Zjedzone: 60000
Zapotrzebowanie: 75000
Deficyt: 15000
Wynik: - 1,875 kg.
~ ~ ~
Koniec liczenia. Teraz zastanawiam się, co dalej... Właściwie to jestem zmotywowana, by dalej działać tak, jak dotychczas. Chciałabym tylko więcej ćwiczyć - tu niestety stoi na przeszkodzie czas (tak naprawdę to jestem leniwa i tylko tak się tłumaczę, gdybym naprawdę chciała, to bym ćwiczyła...)
Postanowienia na kolejnych 30 dni:
1) Maksymalnie 2000 kcal
2) Śniadanie codziennie (w okolicach 400-500 kcal)
3) Zdrowe drugie śniadanie na dużej przerwie (a nie podżeranie po trochu na każdej krótkiej)
4) Ostatni posiłek przed 19.00
5) Przynajmniej dwa dodatkowe kubki/szklanki jakiegoś płynu.
Brzmi banalnie, ale wytrwać niestety bardzo trudno :<
Zauważyłam także u siebie przykrą tendencję - od czasu, gdy podjęłam wyzwanie słodyczowe, faktycznie jem mniej słodkości. Jednak zaczęłam zastępować to sobie innymi rzeczami (jogurtami czekoladowymi, słonymi przekąskami itp.) mam więc kolejne postanowienie:
HELATHY WYZWANIE! Będzie ono polegało właśnie na zdrowym odżywianiu. A więc, zabronione są:
- Wszelkiego rodzaju desery czekoladowe (takie w formie jogurtów)
- Kupowane w sklepach/cukierniach ciastka, pączki, tortoletki, eklery i inne temu podobne słodycze.
- Fast foody, frytki, pizza, hamburgery...
- Chipsy, prażynki.
Za to dozwolone, w niewielkiej ilości, żeby nie zwariować:
- ciasta, ciastka, wypieki domowej roboty;
- popcorn/paluszki/bake rolls - 1 raz
- samorobny budyń, kisiel, ew. galaretka.
Ktoś chętny na Healthy wyzwanie ze mną? Na 15 dni, tak na rozgrzewkę :)
Odrobinka tanecznej motywacji.
Pisałam tylko o diecie, jedzeniu. Teraz może parę słów o tym, co u mnie.
A więc u mnie beznadziejnie. Czuję się fatalnie, jestem chora. Chusteczki zużywam na kilotony, ledwo ruszam się z łóżka. Ale, pomimo to... opanował mnie jakiś dziwny optymizm. Poczucie, że może być lepiej. Że się uda, jak nie dziś, to jutro. Nie wiem, skąd to się wzięło. Poza tym mam teraz trochę czasu, żeby nadrobić zaległości w nauce. Pomimo weekendu, nigdzie nie pójdę, bo nie jestem w stanie. Trochę dołująca perspektywa, ale może uda mi się dzięki temu ogarnąć szkołę? Przyszły tydzień jak zawsze zawalony, muszę się wyleczyć przed poniedziałkiem (jakie są na to szanse? Mniejsze od 0?) bo potem nie ogarnę z pisaniem wszystkiego w drugim terminie... Znacie jakieś domowe sposoby lecznicze?
Aha, i jeszcze wklejam rozkład kalorii ostatnich 30 dni. To tak bardziej dla mnie, jeśli kiedyś chciałabym to przeanalizować <to wszystko było na bocznym pasku>
Tydzień I Tydzień II Tydzień III Tydzień IV Tydzień V
23.01 - 1550 30.01 - 1540 06.02 - 1815 13.02 - 1825 20.02 - 2000
24.01 - 1505 31.01 - 1035 07.02 - 2000 14.02 - 2000 21.02 - 1990
25.01 - 1500 01.02 - 4125 08.02 - 2585 15.02 - 2100
26.01 - 1560 02.02 - 2180 09.02 - 2000 16.02 - 3000
27.01 - 1490 03.02 - 3000 10.02 - 2585 17.02 - 2150
28.01 - 2580 04.02 - 3000 11.02 - 2000 18.02 - 2990
29.01 - 1550 05.02 - 2000 12.02 - 2000 19.02 - 3000
środa, 19 lutego 2014
Balansuję.
Jak w tytule - balansuję, stąpam delikatnie po cienkiej granicy między normalnością a załamaniem. Wygrzebałam się nieco z przedwczorajszego doła - szło opornie, ale udało mi się przewrócić stan, w którym nie uciekam przed ludźmi. Z wcześniejszej wesołości nie pozostało nic, ale cieszy mnie nawet ta pozorna normalność. Muszę tylko funkcjonować... Żyć, chodzić, uczyć się, uśmiechać, kiedy tego ode mnie oczekują, zachowywać powagę, gdy tego się wymaga. Jeść. Jeść? No właśnie. Wczorajszy i dzisiejszy dzień to jakaś totalna porażka. Wstyd mi za siebie. Żarłam jak opętana. Pragnę, bardzo pragnę się pozbierać. Chcę, żeby wróciło to uczucie cudownej pustki w żołądku, płaskiego (choć otłuszczonego) brzucha. Muszę pozbyć się tego balona, który teraz noszę ze sobą; paskudnego, wypełnionego żarciem brzucha. Aby się wypłaścił potrzebne są dwa, trzy, cztery nie zawalone dni... I to cudne uczucie, że nie wyglądam jak nadmuchana lalka... Chociaż pozorne wrażenie, że się schudło. Marzę o tym. Chcę... Mogę tak sobie gadać, że chcę. Prawda jest taka, że nic, poza działaniem nie sprawi, że to uzyskam. Ale... Wracam do domu. Zazwyczaj jestem w połowie dziennej normy. I wtedy się zaczyna. Jem obiad, jest ok. Zostaje mi jeszcze trochę kcal na kolację. Czekam, jem coś... A potem, ktoś mnie woła na jakieś jedzenie, deser... Cokolwiek. Obiecuję sobie, że zjem malutko, prawie nic. A kończy się tym, że wżeram ile wlezie... Przepraszam. Wiem, że nie chcecie czytać o tym, jak się obżeram... To jest straszne. Zaczynam myśleć tylko o jedzeniu, a jednocześnie wciąż żrę jak świnia...
Powinnam chyba opisać porządnie moją historię (a raczej idiotyczny brak historii) z tym chłopakiem, Michałem, którym was męczę od miesięcy. Jak będę miała nastrój i melodię to obiecuję, nadrobię. A teraz - zostawiam Was z pytaniem: Kto do cholery wymyślił miłość? Chciałabym sobie z tym osobnikiem pogadać...Zapomniał umieścić w instrukcji obsługi paragrafu 'skutki uboczne'.
Powinnam chyba opisać porządnie moją historię (a raczej idiotyczny brak historii) z tym chłopakiem, Michałem, którym was męczę od miesięcy. Jak będę miała nastrój i melodię to obiecuję, nadrobię. A teraz - zostawiam Was z pytaniem: Kto do cholery wymyślił miłość? Chciałabym sobie z tym osobnikiem pogadać...Zapomniał umieścić w instrukcji obsługi paragrafu 'skutki uboczne'.
poniedziałek, 17 lutego 2014
Brak sił na wymyślanie sensownego tytułu.
Ostatnie posty były optymistyczne, albo przynajmniej prawie wesołe. Było tak, gdyż ja też byłam radosna, szczęśliwa, pełna entuzjazmu. A dzisiaj... Co pękło. Czułam, że nie mogę być wiecznie szczęśliwa, ale liczyłam, że to potrwa jak najdłużej. Na parę dni wyrwałam się z okowów depresji i przygnębienia.
Od czego zaczęło się dzisiaj? Nie wiem. Chyba od jakiejś kłótni, gdy wychodziłam z domu. Kto, co i z kim? Nawet nie pamiętam. Grunt, że szłam do szkoły przygnębiona. Druga sprawa to oczywiście On. Michał. Ten, który od dawna ma mnie gdzieś, i który nagle zwrócił na mnie szaloną uwagę w walentynki. Ten, za którym szaleję już od dawna. Tak, jak przewidziałam - dzisiaj znów miał mnie głęboko gdzieś. Byłam na to poniekąd przygotowana, ale i tak boli. Z resztą, nieważne. Jestem głupia. Nie mogę o nim zapomnieć i nawet nie potrafię się do tego przyznać. To idiotyczne. Dobra, kończę ten wątek. Nie kończysz, tak jak nie potrafisz zamknąć tego rozdziału w swoim życiu. I tak cię to boli, chociaż nie powiesz tego głośno.
Nie wiem, co dołożyło się do mojego samopoczucia, oprócz tych powyższych. Może niezapowiedziana kartkówka, kolejna zawalona w tym semestrze. Może poniedziałek; powrót do rzeczywistości po weekendzie oderwanym od rzeczywistości. Może powinnam opisać ten weekend, napisać, jak świetnie się czułam? Znów napisać coś pozytywnego? Nie potrafię; teraz jest źle. W szkole czułam się, jakby mnie ktoś przygniatał do ziemi. Siedziałam, nie odzywałam się, słuchałam jednym uchem. Na przerwach - lądowałam w kącie z książką, byleby coś robić, byleby nie musieć się sztucznie uśmiechać do koleżanek, byleby się nie rozpłakać. Odwołałam dzisiejsze popołudniowe spotkanie z koleżanką. Nie byłam w stanie, wyjść z domu, rozmawiać. Teraz siedzę, piszę, trochę po to, by się czymś zająć. By powstrzymać łzy cisnące się do oczu. By nie opanował mnie dziki, nieokiełzany płacz. Nie wiem, chwilami chciałabym stąd nie wychodzić, zaraz znów wolałabym uciec daleko, zaszyć się gdzieś. W domu kolejna awantura. Mam dość. Nie mogę, nie potrafię, nie chcę. Wczoraj zawaliłam dietę, dziś wyzwanie słodyczowe -w szkole czułam się tak źle, że kupiłam dwa czekoladowe batoniki. Nie wiem, co mną kierowało. 500 kalorii. Zeżarłam je. Teraz już się ogarnęłam i planuję zmieścić w dzisiejszym bilansie, chociaż do obiadu wykorzystałam już pawie wszystko. Macie rację, wczoraj przesadziłam z tym metabolizmem, nie jest tak źle... Ale w pozostałych kwestiach - czuję, że tonę w życiu. Że sobie nie radzę, nie potrafię.
Kończę to zrzędzenie. Muszę się uczyć, jutro ciężki sprawdzian. W środę kolejny. A ja w rozsypce, z wrażeniem rozpadania się od wewnątrz.
Nic Nic Nic Nic Nic.
Nie chce mi się żyć.
Od czego zaczęło się dzisiaj? Nie wiem. Chyba od jakiejś kłótni, gdy wychodziłam z domu. Kto, co i z kim? Nawet nie pamiętam. Grunt, że szłam do szkoły przygnębiona. Druga sprawa to oczywiście On. Michał. Ten, który od dawna ma mnie gdzieś, i który nagle zwrócił na mnie szaloną uwagę w walentynki. Ten, za którym szaleję już od dawna. Tak, jak przewidziałam - dzisiaj znów miał mnie głęboko gdzieś. Byłam na to poniekąd przygotowana, ale i tak boli. Z resztą, nieważne. Jestem głupia.
Nie wiem, co dołożyło się do mojego samopoczucia, oprócz tych powyższych. Może niezapowiedziana kartkówka, kolejna zawalona w tym semestrze. Może poniedziałek; powrót do rzeczywistości po weekendzie oderwanym od rzeczywistości. Może powinnam opisać ten weekend, napisać, jak świetnie się czułam? Znów napisać coś pozytywnego? Nie potrafię; teraz jest źle. W szkole czułam się, jakby mnie ktoś przygniatał do ziemi. Siedziałam, nie odzywałam się, słuchałam jednym uchem. Na przerwach - lądowałam w kącie z książką, byleby coś robić, byleby nie musieć się sztucznie uśmiechać do koleżanek, byleby się nie rozpłakać. Odwołałam dzisiejsze popołudniowe spotkanie z koleżanką. Nie byłam w stanie, wyjść z domu, rozmawiać. Teraz siedzę, piszę, trochę po to, by się czymś zająć. By powstrzymać łzy cisnące się do oczu. By nie opanował mnie dziki, nieokiełzany płacz. Nie wiem, chwilami chciałabym stąd nie wychodzić, zaraz znów wolałabym uciec daleko, zaszyć się gdzieś. W domu kolejna awantura. Mam dość. Nie mogę, nie potrafię, nie chcę. Wczoraj zawaliłam dietę, dziś wyzwanie słodyczowe -w szkole czułam się tak źle, że kupiłam dwa czekoladowe batoniki. Nie wiem, co mną kierowało. 500 kalorii. Zeżarłam je. Teraz już się ogarnęłam i planuję zmieścić w dzisiejszym bilansie, chociaż do obiadu wykorzystałam już pawie wszystko. Macie rację, wczoraj przesadziłam z tym metabolizmem, nie jest tak źle... Ale w pozostałych kwestiach - czuję, że tonę w życiu. Że sobie nie radzę, nie potrafię.
Kończę to zrzędzenie. Muszę się uczyć, jutro ciężki sprawdzian. W środę kolejny. A ja w rozsypce, z wrażeniem rozpadania się od wewnątrz.
Nic Nic Nic Nic Nic.
Nie chce mi się żyć.
niedziela, 16 lutego 2014
Metabolizm
Ostatnio prześladuje mnie strach przed tym, że mój metabolizm zwolni. Wiem, że jak na dietę to jem bardzo dużo. Ale boję się, że jak już skończę, to nawet mało jedzenia sprawi, że przytyję z powrotem... Słowem, mam stracha przed efektem jojo... Przeczytałam właśnie pewien artykuł. Nie wiem, ile w tym jest prawdy, ale daje do myślenia. Polecam: http://fitmiracle.blogspot.com/2014/02/o-kaloriach-czyli-policzmy-co-sie.html#more
Jem 2000 dziennie, czasami zdarza mi się odrobinę wykroczyć, ale nie przejmuję się tym. Moje obliczenia są bardzo przybliżone, gdyż niestety nie mam czasu na dokładne ważenie każdego gryza... W czasie ferii, gdy siedziałam w domu, mogłam szaleć z wagą kuchenną i liczyć dokładnie. Teraz, niestety, posiłkuję się wagą 'na oko'. Naprawdę boję się o metabolizm. Nie chciałabym go rozwalić... Moim sztandarowym hasłem jest jedzenie śniadań, czego wcześniej nie robiłam. Jednak nie zawsze mam czas, a w weekendy dodatkowo mi się nie chce, wolę poczekać do tej 12... Wiem, że to źle, ale czasami po prostu nie mogę nic przełknąć. Ogólnie ostatnio trafiają mi się dni, kiedy nie odczuwam głodu. Po prostu, mam wrażenie, że mogłabym nic nie jeść cały dzień. Zjadam wtedy coś na siłę, żeby nie paść podczas maratonu sprawdzianów, nauki, osiemnastek w wzmożonego wysiłku. Są też oczywiście takie dni, że wyjadłabym całą lodówkę. Ale ostatnio się nie zdarzają. Jakoś tak jakbym nauczyła mój organizm nie żreć tyle.
Dobry nastrój trwa. Walentynki spędzone z kimś, za kim się szaleje (ale nie przyznaje się do tego nawet przed samym sobą)... To mnie wprawiło w coś w stylu ,,błogostanu". Wiem, to idiotyczne, bo to wszystko najpewniej był przypadek. Ale miło pomyśleć sobie, że ktoś zainteresował się Tobą, chociażby na parę godzin... To jak poezja, można pomarzyć, ja pięknie by było... Niestety, jutro poniedziałek, więc trzeba przygotować się na prozę życia, wyrwać ze świata marzeń. I nastawić na kolejny zwyczajny dzień, w którym ktoś nadal będzie Cię olewał i ignorował, tak jak zawsze... Wiem, że nie powinnam się cieszyć z tych kilku pięknych walentynkowych chwil. Powinnam być dumna, odwrócić się plecami i pokazać, że nie jestem zabawką, z którą można się bawić, gdy ma się ochotę. Ale niestety nie potrafię...
Jem 2000 dziennie, czasami zdarza mi się odrobinę wykroczyć, ale nie przejmuję się tym. Moje obliczenia są bardzo przybliżone, gdyż niestety nie mam czasu na dokładne ważenie każdego gryza... W czasie ferii, gdy siedziałam w domu, mogłam szaleć z wagą kuchenną i liczyć dokładnie. Teraz, niestety, posiłkuję się wagą 'na oko'. Naprawdę boję się o metabolizm. Nie chciałabym go rozwalić... Moim sztandarowym hasłem jest jedzenie śniadań, czego wcześniej nie robiłam. Jednak nie zawsze mam czas, a w weekendy dodatkowo mi się nie chce, wolę poczekać do tej 12... Wiem, że to źle, ale czasami po prostu nie mogę nic przełknąć. Ogólnie ostatnio trafiają mi się dni, kiedy nie odczuwam głodu. Po prostu, mam wrażenie, że mogłabym nic nie jeść cały dzień. Zjadam wtedy coś na siłę, żeby nie paść podczas maratonu sprawdzianów, nauki, osiemnastek w wzmożonego wysiłku. Są też oczywiście takie dni, że wyjadłabym całą lodówkę. Ale ostatnio się nie zdarzają. Jakoś tak jakbym nauczyła mój organizm nie żreć tyle.
Dobry nastrój trwa. Walentynki spędzone z kimś, za kim się szaleje (ale nie przyznaje się do tego nawet przed samym sobą)... To mnie wprawiło w coś w stylu ,,błogostanu". Wiem, to idiotyczne, bo to wszystko najpewniej był przypadek. Ale miło pomyśleć sobie, że ktoś zainteresował się Tobą, chociażby na parę godzin... To jak poezja, można pomarzyć, ja pięknie by było... Niestety, jutro poniedziałek, więc trzeba przygotować się na prozę życia, wyrwać ze świata marzeń. I nastawić na kolejny zwyczajny dzień, w którym ktoś nadal będzie Cię olewał i ignorował, tak jak zawsze... Wiem, że nie powinnam się cieszyć z tych kilku pięknych walentynkowych chwil. Powinnam być dumna, odwrócić się plecami i pokazać, że nie jestem zabawką, z którą można się bawić, gdy ma się ochotę. Ale niestety nie potrafię...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






